Pokazywanie postów oznaczonych etykietą belt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą belt. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2009

Wrześniowa piosenka


Oh, it's a long long while, from May to December, but the days grow short when you reach September... Tej piosenki Kurta Weilla i Maxwella Andersona mogę słuchać godzinami - to mój ulubiony utwór, mam kilkadziesiąt wykonań... jestem uzależniona. Najbardziej lubię władczy, seksowny wokal Ute Lemper, śpiewa te zabawne słowa: "I have lost one tooth and I walk a little lame...". Gdy Ute to śpiewa, liście naprawdę jak małe płomyczki spadają na ziemię. Zresztą, to nie tylko Ute ma taki czarodziejski dar. Ma go i Frank Sinatra, klasyczny Jimmy Durante, mamroczący Lou Reed, nostalgiczna Jo Stafford: ta piosenka ma w sobie magiczną moc! Zawsze chciałam otworzyć mały bar, September Songs - emitowałabym tylko ten jeden jedyny utwór. Sentymentalny typ, panie dzieju. Tymczasem na polanę weszła Pani Jesień! Pogoda zrobiła się optymalna - temperatura umiarkowana, brak deszczu, romantyczne okoliczności przyrody, jest idealnie rowerowo. Natomiast ja przysposobiłam nowy statyw (nie kuleje!) i niniejszym powracam do swojego bloga. Podczas sprzątania mieszkania odkryłam mnóstwo ubrań, o których już dawno zapomniałam - oto moja superwygodna spódnica za dychę! Ostatnimi czasy obłowiłam się w second-handach, mam nadzieję, że teraz posty będą pojawiać się regularnie: naprawdę można się super ubierać i nie wydawać kroci pieniędzy na szablony w sieciówkach. Chyba kolejny raz doznałam ciuchowego oświecenia :-)




Męski t-shirt, HM,
spódnica w łączki, Calliope,
wełniany krótki żakiet, Marc by M. Jacobs,
skórzane sandałki, Zara (właśnie w rajstopach można w nich chodzić, co za odkrycie!),
torebka, pasek, Vintage,
broszka, Troll.

PS1. Bardziej niż statywu, brakuje mi człowieka-statywu, ale i tak dla dobra związku on nie powinien robić zdjęć na mojego perfekcjonistycznego bloga :-D Niestety kompresja pożarła moją cudowną jakość :-(
PS2. Uprzedzam setki ciekawskich mejli: Tak, to jest prawdziwy Marc Jacobs - kochani, nie ma w Polsce linii produkcyjnych bez wycieków :-D

środa, 22 lipca 2009

Upalny raport

Image Hosted by ImageShack.us
Bieg zwolnił tempo - przyczyny są proste: lato to czas spotkań z przyjaciółmi, kilometrowych wędrówek po miastach i wsiach, luzowania rygorów. Lato to czas, który wszelkie reżymy stawia pod znakiem zapytania. Prozaicznie jednak: nie mam statywu, człowieka/statyw wywiało na północ, a mnie odwiedzili moi kochani Anglicy: jak zwykle skończyło się to pijaństwem :-) I to kobiecym :-D Blog stracił impet. Zresztą, dla mnie internet jest drugorzędną formą ekspresji, łatwo dostępną, ale ubogą w repertuar gestualny - zainternetowanym bliperom i blogerom mówię zasadnicze: "Jak wam nie szkoda czasu, skoro za oknem jest tyle szans na podbudowanie ego: wsiadajcie na rower!". Swoje zdjęcia czym prędzej pstryknęłam z parapetu i zmykam dalej zagłębiać się w upały. Prawdziwe fragmenty Katarzyny tu przedstawiam.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Czarna jedwabna bluzka, Kookai,
spódnica z szyfonu, Reserved,
pasek wypasiony jak ta lala, Stradivarius (za 29 zeta :-D)

PS1. A buty? Japonki... powiem prozaicznie: ja w te upały mam po prostu zbyt spuchnięte nogi na obcasy... w końcu jestem człowiekiem.
PS2. Hmmmm, widzę, że dziś na blogach akcja pomocy zwierzętom. Przez gorąco przestałam rejestrować - jednak popieram. Powiem tylko, że najwspanialszą wymyśloną formą pomocy zwierzętom jest zaprzestanie zjadania ich mięsa. Już prawie 20 lat nie spożywam - to nie kosztuje żadnego wysiłku, oprócz naszych własnych chęci zmienienia swojego życia - i swojego świata. Hej - nie jedzcie swoich przyjaciół! Go vegetarian!

środa, 27 maja 2009

Zrób sobie Hoppera.

Image Hosted by ImageShack.us
Fotografia jest porywającym medium. Ostatnio psioczę, bo nie chciało mi się dźwigać 2 kilogramów Canona do stolicy: brakuje mi go..., ale miałam ważniejsze rzeczy do przydźwigania. Za to odkrywam absurdalne możliwości małego czarnego samsunga... cierpiliwie czekam na nagrodę za wybitne osiągnięcia w fotografii gupolem :-D Fotografia bowiem jest porywającym medium - niezbyt wiele trzeba, żeby zaskoczyć samego siebie nowymi umiejętnościami w tej błogiej dziedzinie. Osobiście nie przepadam za standardowym użyciem owego boskiego środka wyrazu: zdjęcia jak z żurnala nie interesują mnie zgoła. Ich monotonia... oraz charakterystyczny brak elementu intelektualnego... przytłaczają mnie. Jedno zdjęcie mistrza na miarę Newtona mam za tysiąc obecnych wogów czy innych piśmideł. Uwielbiam oglądać eksperymenty i sama je wymyślać - podnieca mnie pikseloza, nieostrość, nakładania filtrów, wycinanki, nakładanki, kolaże, asamblaże - jednym słowem: kreacje i rewelacje. A jak mówię - zachwycić siebie można w pięć minut. Marzy mi się szafiarska akcja - "Zrób sobie zdjęcie w stylu Hopperowskim!". Voila! (Hmmm, przed wykadrowaniem ten nastrój był naprawdę Hopperowski...)
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us

Jedwabna bluzka, Jaeger London, Vintage,
Jedwabna spódnica w zgaszonej brzoskwini, India Shop,
Pasek/gorset z ekscytującymi bryklami, HM Trend.

poniedziałek, 25 maja 2009

PLEATS Please!

Image Hosted by ImageShack.us
Odkąd pamiętam wszyscy zazdroszczą mi szyjącej mamy. Przyznaję - posiadanie szyjącej mamy jest w dechę. Obserwowanie szyjącej mamy jest bardzo zabawne - szczególnie, gdy tworzy stroje z fanaberiami, na przykład gustowną retro wstawką z plis. Krzyczy, wali w maszynę, przyzywa świętych oraz aniołów, ogólnie - jest mocno nie w sosie. Ba! Twierdzi, że to już bezsprzecznie ostatnia rzecz, którą szyje ;-D Smutne fakty przedstawiają się tak, że nawet gdyby chciał, nie znalazłby już właściwie żadnego zakładu plisującego tkaniny na zamówienie. Czasy solejek bezpowrotnie już chyba odeszły do lamusa, a materie poddane wszelkiego sortu termicznej obróbce można już kupić gotowe w belach... z nich właśnie tworzone są te barbarzyńskie, bazarowe suknie na wesela i chrzciny. Żeby coś własnoręcznie uplisować - i tu mówię z tzw. własnej autopsji :-) - trzeba włożyć niemało wysiłku. Najważniejszy jest jednak duch zespołowy! W sukience plisowań nie za wiele, ale trzeba było się pomęczyć. Mam ją od lat. Jej paradoks - ma na stałe plisy, ale poza tym: można ją zwinąć w kłębek i przejechać pół świata, nigdy się nie pomnie :-D Natomiast pasek nabyłam en passant w ulubionym Barze Olszynka. Już jestem w nim zakochana bez pamięci. No dobra - też uważam, że plisy są dla starszych pań... ale jak miło sobie na nie popatrzeć. Monotonia fotograficzna zaś wypływa z faktu, że nie mogę się nadziwić, ile fajnych rzeczy można zrobić takim fatalnym aparatem, i do tego częściowo zepsutym.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Sukienka z brzoskwiniowej skórki: mama, która jutro ma swój dzień,
Pasek ze złotą klamrą, Vintage.


PS. Posyłam na allegro parę sztuk odzieży, w tym ukochany płaszcz - może ktoś teraz zapała do niego miłością:
Image Hosted by ImageShack.us

czwartek, 14 maja 2009

Szarzyzna

Image Hosted by ImageShack.us
Samo to dziwaczne słowo odnosi się do grubego sukna w wersji saute. Szarza, szarzyzna - pachnąca, prymitywna, zgrzebna - tkanina, która w mojej wyobraźni pachnie sianem, świeżo skoszoną trawą. Miałam w życiu przyjemność produkować własnoręcznie przędzę: gdy ludzka ręka w sposób najzupełniej babarzyński wtapia się w jałowe czesanki, w niewiarygodne - bo powstałe nagle tu i teraz - sploty czegoś, co jeszcze przed chwilą stanowiło owcze runo... well, inaczej wtedy myśli się o konfekcji. Nie wiem, czy ktoś też to zauważa. Ubrania w wielkich sklepach nie pachną. Znakujemy je dopiero perfumami. Złocony flakon Laurenta, wymierzony w moją sukienkę, jest równie zwierzęcy, co kocia szczynka na łazienkowym dywaniku. Idea bezzapachowych ubrań wcale do mnie nie przemawia. Gdy robię na drutach sweter z czystej wełny po godzinie mam ręce przesiąknięte zapachem włóczki - wtedy czuję się jak Heideggerowski bohater... ten od młotka! Zaczynam nabierać rozeznania: wyznawać się na rzeczy. Tego samego doznaje się chyba, gdy rozcieramy w ogrodzie w palcach listki melisy czy mięty. Jednak nie ma już zapachów zaklętych w ubiorach. Napawa mnie to melancholią... a może właściwie wzięła się ona z przypatrywania dziełu Roberta Kuśmirowskiego w Zachęcie? Gorąco polecam wystawę Inwazja dźwięku - nie tylko dlatego, że jest tam zgrabny egzemplarz (stan idealny!) moich pierwszych organów elektrycznych "Student" :-)

Image Hosted by ImageShack.us

Szara sukienka, HM, absolutnie od lat ulubiona,
Pasek, Camaieu, jeden z moich ulubionych rozweselaczy odzieżowych,
torebka, Top Secret.

wtorek, 24 marca 2009

Róża wiatrów.

Image Hosted by ImageShack.us
Dzisiejsza pogoda przeszła wszelkie oczekiwania - śnieg padał około trylion razy, trylion razy zaświeciło letnie słońce. Wszystko jednak przyćmił wicher rodem z horrorów. Ogólnie - każdy misterny strój zostałby wnet spenetrowany przez arktyczne podmuchy. W takiej sytuacji trzeba ubierać się ciepło, w sumie byle jak. Bambosze służą mi już od listopada, to moje ulubione buty zimowe. Sukienkę zabrałam przez przypadek, nawet nie wiedziałam, że tak fajnie zgra się z marynarka. OK - jestem gruba - ale schudnę! Lubię połączenie zieleni i fioletów, czuję się jak wrzos...

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Queen Mabs ma na sobie:

zieloną sukienkę z dżerseju, Promod,
marynarkę z podwijanymi rękawami, Bershka,
legginsy lila, Miss Marylin,
bambosze pseudoemu, atmosphere,
pasek, z ludowego straganu,
broszkę - z zielonego kota?,
wisiorek, HM,
a króliczek jest z teskacza :-)