sobota, 3 października 2009

Genialny sweter


Na sweter z jakimś ciekawym zwierzątkiem (preferowany lis) polowałam już od jakiegoś czasu. Gryzące swetry "fabularne" mocno kojarzą mi się z czasami dzieciństwa, kiedy były one szalenie popularne praktycznie w każdej grupie wiekowej. W latach 80tych na jesieni każde szanujące się dziecko nakładało swój idiotyczny wełniany wytwór z wizerunkiem misia, wilka i zająca albo po prostu widoczkiem pod hasłem góry lub domki. Z siostrą miałyśmy właśnie domki: identyczne, zrobiła je dla nas babcia (swoją drogą prawdziwa pasjonatka drutów i szydełka...) - te sweterki były jak dzieła sztuki. Mnie mój egzemplarz wprawiał w nastrój wewnętrznego bajdurzenia, snucia dziecinnych domysłów: dokąd prowadzi ta dróżka?, czy zaraz z wełnianych chmur będzie padać śnieg?, czy za choinkami ukrywa się wilk? Spełniały praktyczną funkcję (były bardzo ciepłe!), a jednocześnie genialnie łechtały wyobraźnię. Słowem, był to idealny strój dla kształtującego się dziecka. Co się z tymi swetrami stało? Pewnie wyrzucone albo sfilcowane... Jakiś czas temu swetry "z historyjką" wróciły do łask. Odkąd u Petera Jensena zobaczyłam to oldskulowe cudeńko pilnie wertuję w ciucholandach dział ze swetrami. Tym razem mi się poszczęściło i choć to nie jest lis, to zmyślność i wytrwałość kogoś (jakiejś zwariowanej babci?), kto stworzył ten sweter jest wprost piorunująca. Kilogram żywej wełny w rozmiarze XXXL. Już deliberowaliśmy, czy to zwykły sweter dla wielkiej osoby czy wielki sweter dla wagowego przeciętniaka... Druga opcja wygrała. Pani przy kasie orzekła: "Genialny sweter!". That's it! My doggy-jumper... Jeśli ubrania uszczęśliwiają ludzi, to właśnie w ten sposób. A szaliczek na końcu? Też lubię tworzyć wełniane prezenty! :-D







Wielki wełniany sweter, Vintage,
pasek, Vintage,
grube rajstopy, stadion za dychę: serio ciepłe,
skórzane czółenka, Dejavu (historyczny zakup ze stadionu (tej części już nie ma),
melanżowy szalik, moje wesołe dziełko, ponoć bardzo ciepłe!

PS1. W następnym odcinku już na pewno mapka!

czwartek, 1 października 2009

W zimnym klimacie


Wiele osób twierdzi, że peleryny są niepraktyczne. Faktycznie, mogą blokować dostęp do torebki, telefonu komórkowego, kluczy i chusteczek: w pelerynie całkiem łatwo się zaplątać, pogubić w jej mało nowoczesnym kroju. Jednak jest pewna zaleta peleryn, która wszystkie te niedogodności niweluje, a mianowicie w pelerynie jest ciepło. Teraz dopiero jest jesień: jej oznaki to deszcz i chłody, katary i przeziębienia. Ja sama mam pewien problem zdrowotny od wczoraj, ponieważ strasznie boli mnie kręgosłup: strzeżcie się Ikei! Nie ma co się nadymać i samemu przykręcać lampki do sufitu: moja rada w tym temacie brzmi teraz: niech ktoś (kto być może stoi przy drabinie i gapi się bezradnie), zrobi to za was, to naprawdę może być zbawienne. Feminizm feminizmem, ale lampki to niech przykręca ktoś inny... W taki dzień mam ochotę na ultrakobiece wzory: babcine kwiaty. Są super: kosztowały 2 złote, to jakiś rozmiar typu angielskie 18, a z legginsami i ćwiekowym paskiem są te babcine kwiaty wygodną i niekrępującą ruchów sukienką! Jak mniemam w następnym odcinku bloga będę przedstawiać mapkę swoich ulubionych second-handów po tej lepszej stronie Wisły, so watch out.







Wełniana peleryna, Marks&Spencer outlet,
tulipanowa spódnica, ach ta niezastąpiona Mary!,
koszula XL w kwiaty, Vintage,
trzewiczki skórzane, Shelly's London.